Beti kontra rzeczywistość #01

Matka Polka kontra rzeczywistość #1

Tego typu notki (tak podejrzewam) będą tutaj częste. Mają one na celu rozładowanie moich frustracji i wypuszczenie złości/złej energii/uwiecznienie anegdot (niepotrzebne skreślić).

Jeszcze 36 godzin temu byłam chora - tak wiecie - nie, że gardło, kaszelek i nic mi się nie chce tylko na całego - łamanie kości, temperatura, ból głowy i bezkresna niemoc. Wczoraj wieczorem jakoś się pozbierałam, organizm się wybronił - chyba poczuł że zbliża się tydzień - wszak poniedziałek to dzień, na który trzeba mieć szczególnie dużo energii. To właśnie wtedy miałam się odrobić po 3 dniach choroby i chaosu w domu.
Nastał poniedziałek :)
Jedno dziecko obudziło się z temperaturą (tak naprawdę to w ogóle nie bardzo chciało się obudzić z jej powodu) a mąż wyjeżdżał na delegację. I zaczynam... dodam że nie po raz pierwszy - trudny proces żonglowania możliwościami. Bo jedno chore, więc dobrze by było żeby zostało w domu, drugie nie może się spóźnić na poranne zajęcia a trzecie - czemu miało by nie trafić do placówki opiekuńczo-wychowawczej,  a tak poza tym mamy dziś planowe szczepienie. Jak teraz termin mi przepadnie to znowu za miesiąc się pewnie okaże, że ktoś jest chory....
Dobra nie jest źle - jedno zaprowadzi małżonek. Ja chore wezmę ze sobą, zdrowe do nosidła i dawaj. Żeby nie było za prosto - już w metrze pierwsza przeszkoda - winda na peron nie działa - nie ma bata - jakieś trzydzieści schodów w dół trzeba pokonać. To ja bez żenady "Przepraszam pana! Proszę Pana! Tak, pana w szarej bluzie! Pomoże mi pan?" - udało się :) teraz tak trudno kogoś zaczepić - zwykle co mężniejsi mężczyźni zatopieni są w swoich smartfonach albo ogłuszeni słuchawkami.
Jestem na peronie. Dojechałam. Tam znalazłam na ziemi jakieś klucze - chcę zostawić gdzieś żeby właściciel mógł je znaleźć - w ZTM odsyłają mnie na posterunek policji, na posterunku - zamknięte. Dodam, że wszystko z wózkiem i dzieckiem na plecach... starsze panie komentują - chcesz dobrze, a tylko masz problem... tak... mam ochotę zająć się tym później, na szczęście na drodze spotykam pana sprzątającego - wie komu, wie jak - przekazuję zgubę... uff... dobry uczynek z samego rana spełniony :)
Jedno dziecko zdane. Robię niezbędne zakupy spożywcze na karmienie mojego biednego chorego i postanawiam nie korzystać z metra by nie utknąć pod niedziałającą windą. Taaa.... spotykam inną - też nie działającą - korzystam z takiej która zaprowadzi mnie na inną stronę 4-pasmowej jezdni, dzięki czemu nadrabiam jakieś 300 metrów. Trafiam do domu.
Czy ja wspominałam że padało?

3 komentarze:

  1. Wow! Nieźle! Dobrze, że u mnie wszelkie placówki blisko i jeszcze babcia w okolicy i wpadnie pomóc. Podziwiam. Dzięki, że jesteś😃

    OdpowiedzUsuń
  2. Brzmi jak spełnienie wszystkich koszmarów! Ale widzę, że masz wprawę w radzeniu sobie ze wszystkimi przeciwnościami i jednak ogarniasz :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Matko, sen wariata... albo mój, w każdy poniedziałek ;)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo Ci dziękuję za wypowiedź :)